A Tribute to… Paweł Zarzeczny

Lata szkoły, w której przymuszano mnie do czytania tego, czego nie miałem ochoty czytać, w połączeniu z moją buntowniczą naturą, spowodowały, że przez bardzo długi okres w moim życiu nie czytałem w ogóle. Kolejne polonistki skutecznie zabijały we mnie chęć sięgania po słowo pisane i gdyby nie blog, którego prowadzę od 2003 roku, to nie wiem czy w ogóle przekonałbym się do pisania i czytania. Do dzisiaj mi tak zostało, że nie czytam byle czego i byle kogo. Ktoś musi mieć naprawdę ciekawe pióro, żebym zasiadł i przeczytał od deski do deski. Doszło do tego, że przez ostatnie lata czytałem tylko to, co napisał Krzysztof Stanowski i Paweł Zarzeczny.

Czytam Krzyśka Stanowskiego.

Krzyśka lubię czytać, bo jego felietony, nawet jeśli poruszają trudne tematy, to są bardzo lekkie, nie męczą, nie nudzą. Nie rzygam po trzecim zdaniu i nawet, jeśli nie zgadzam się z jego tezami, to czytam z przyjemnością. Tak samo z książkami. Kowala czytałem cztery razy, a Szamo chyba trzy. Te książki z założenia miały być wesołe, ale ja i tak twierdzę, że gdyby złapał się za to ktoś inny to spaprałby sprawę. Spalonego czytałem już 5 razy.

Ponieważ jestem z Krakowa, wychowałem się w Nowej Hucie i trenowałem na Wandzie u trenera Pomorskiego, to podchodzę do tej książki bardziej emocjonalnie (pewnie tak samo jak warszawiacy do dwóch poprzednich) i mam wyższe wymagania niż przy innych. Książka napisana bardzo przystępnie, kiedy ją czytam, mam odczucie jakbym siedział przy stole z Panem Andrzejem i słuchał jego opowieści. Słychać jego głos czytając tę książkę. Dalej twierdzę, że gdyby Stano napisał książkę o Wiśle Kraków, to była by to najlepsza książka o Wiśle.

Pawła Zarzecznego już nie przeczytam.

O ile Stano jeszcze coś napisze, tak Pawła nic nowego już nie przeczytam. Bardzo żałuję, że odszedł i chociaż nie znałem go osobiście, to jest mi ewidentnie, tak po ludzku smutno. Jest mi smutno, bo o 50% zmniejszyła się liczba ludzi, dla których byłem w stanie poświęcić kilkanaście minut swojego życia i przeczytać ich przemyślenia. Lubiłem czytać jego felietony, luźne, bez spiny, bardzo często mocno przekoloryzowane w moim odczuciu, ale bardzo ciekawie napisane. Wiadomo, zdarzały się babole, ale komu się one nie przytrafiają. Każdy kiedyś po pijaku pisał coś, do czego nie przyznałby się na trzeźwo. Lubiłem czytać Pawła, bo miałem odczucie, że nie udawał nikogo, pisał jak do kolegów… jak notkę dla wąskiej grupy przyjaciół do pośmiania się.

Doceniam ludzi, którzy nie wstydzą się przyznać się, że mają odmienne zdanie na dany temat i potrafią bronić swojej racji. Mówił wprost o swoich poglądach politycznych, kiedy reszta płynęła i dalej płynie z nurtem „postępowej, tolerancyjnej, postkomunistycznej propagandy”. Miał wyjebane po całości na to czy go ktoś lubi, czy go zaprosi do programu, mówił co myśli, a nie to, co ludzie chcieli usłyszeć. I dlatego bardzo lubiłem go czytać. Ale i oglądać go lubiłem… Skoro prowadził programy na żywo, to znaczyło ni mniej, ni więcej, tylko to, że ktoś mu zaufał, że da radę i nie położy programu. Hyde Park w Orange Sport czy Stan Futbolu oglądałem dlatego, że był Paweł. Bo Paweł w programie oznaczał rozrywkę. Do tej pory mdli mnie, kiedy przypomnę sobie ten jeden odcinek z Hiszpanii i tych przynudzających, uczesanych, ogolonych ekspertów, z których jeden to już do przesady hiszpański akcent wrzucał w wypowiedzi, taki chciał być trendy (nie wiem jak to jest możliwe, mieszkam 10 lat za granicą, a styl wypowiedzi nie zmienił mi się nawet o procent).

Szacunek, Panie Pawle!

To oczywiste, że są osoby, które mogą powiedzieć o Pawle więcej i zapewne zrobią to lepiej ode mnie. Znali go osobiście, znają anegdoty i wiedzą, kiedy mówił prawdę, a kiedy ściemniał pod publiczkę. Ale w tym smutnym, dla jego czytelników czasie, chciałem mu po prostu podziękować, za to, że dawał mi rozrywkę, kiedy inni przynudzali próbując pouczać mnie z drugiej strony ekranu. A jak najlepiej podziękować komuś, kto całe życie pisał? Napisać coś.

Panie Pawle, szacunek.