Kamień z wiślackich serc. Wisła ogrywa Zagłębie

„Jebut, cium, łubudu, bum, chrubut” – takie mniej więcej odgłosy można było wczoraj słyszeć od Nowej Huty, przez Bieżanów, aż po Ruczaj. To odgłos tego wielkiego kamienia, który spadł z serc kibiców Wisły Kraków po końcowym gwizdku we wczorajszym meczu. Kamienia, który dodatkowo obszyty był grubą warstwą obaw, czy nie skończy się to tak jak w poprzednim sezonie. Wtedy to – obrazowo rzecz ujmując – zapłaciliśmy już za wejście do klubu, ale bramkarz nas nie wpuścił, bo mieliśmy sportowe obuwie. Dupa była zbita i musieliśmy obejść się smakiem.

Ale nie tym razem! Jesteśmy tam, gdzie nasze miejsce. I wiem, że nawet, jeśli żaden z nich się nie przyzna, to cieszą się w Warszawie i Poznaniu, bo Wisła w ósemce to gwarancja burzy z piorunami na stadionie (choćby na trybunach), a nie popołudniowy budyń u cioci, z zadupia.

Pierwszej połowy jakby nie było

Jako gracz-amator w FIFĘ (nie mogę się wykaraskać z 3. ligi w sezonach, a gram tylko Wisłą – @Bogo136 mi świadkiem), skorzystałem dzisiaj z chwili wolnego czasu i przyciąłem parę meczów. Grałem praktycznie takim samym ustawieniem i składem jak Wisła i męczyłem się straszliwie, bo o ile gra z tyłu była super poukładana, to z przodu nie było kim grać i piłkarze nie kwapili się, żeby ruszyć dupę i pokazać się do gry. Takie same odczucia miałem oglądając pierwszą połowę wczorajszego meczu z Zagłębiem. Niby z tyłu bezpiecznie, na spokoju, ale z przodu już szło to bardzo topornie. Nie będę się wyżywać na Pawle Brożku czy Rafale Boguskim, bo zasługują na szacunek za wszystko, co zrobili dla naszego klubu, ale gdyby nie piętka Bogusia to pomyślałbym, że się obaj zatrzasnęli w Toi-Toiu zaraz przed meczem i ktoś ich uwolnił dopiero w drugiej połowie. I o ile około 19. minuty Ivan Gonzalez porwał mnie swoim idealnym przerzutem do Cywki na kilkadziesiąt metrów, tak Cywka swoim przyjęciem sprawił, że załamałem ręce. Pierwsza połowa do zapomnienia.

Przebudzenie mocy

Nie wiem, co trener Kiko im obiecuje w szatni, czy jakieś wakacje w Hiszpanii, czy bilety na corridę, ale niech robi to dalej. To kolejny mecz z rzędu, kiedy nasza drużyna budzi się w drugiej połowie (z wyłączeniem pierwszych kilku minut, kiedy to Głowacki chyba ze trzy razy zagrywał piłkę i trzy razy kiksował) i sukcesywnie napoczyna przeciwnika. Nagle amnezja u chłopaków znika i już potrafią poklepać z pierwszej piłki, zagrać na wyprzedzenie, przerzucić ciężar gry i pokazać, kto tu jest szefem.

Moim skromnym zdaniem, cały zespół zagrał poprawnie, linia obrony wręcz bardzo dobrze, ale mam innego bohatera tego spotkania. Widzę oczyma wyobraźni jak piłkarze wchodzą do szatni a tam ani żarcia ani napojów i wtedy Pol Llonch mówi coś w stylu „Spoko chłopaki, ja pobiegnę”. Gość był wczoraj wszędzie! Od pierwszej do ostatniej minuty (zakładam, że w przerwie pobiegł jeszcze sprawdzić czy zamknął samochód, kupić doładowanie do telefonu i zapłacić rachunek za internet), na pełnym gazie, pewny w odbiorze i rozegraniu.

W Lidze+ Extra Krzysiu wypowiadał się dosyć niepewnie na temat Pola, ale mam wrażenie, że niedługo zmieni zdanie na jego temat, o ile już nie zmienił. Gość wygląda, jakby razem z Krzyśkiem, Semirem i Petarem grał w jednej drużynie co najmniej od liceum, a może i od podstawówki. Mega dobry w odbiorze, bardzo mobilny, pewny w rozegraniu (nie trzeba na siłę każdej piłki grać do przodu, panie Hajto). Może nie zawsze wszystko wychodzi, ale jest chemia między tymi graczami i będzie to procentować w przyszłości, kiedy nauczą się siebie na pamięć. I to wszystko za jedyne 3 zł+VAT!

*

fot. Adam Piechowiak

Nie mogę pominąć Patryka Małeckiego, który obok Pola, był w moim przekonaniu drugim najlepszym zawodnikiem spotkania. W obecnej chwili jest naszym motorem napędowym, nie liczy, że inni coś za niego zrobią, tylko bierze odpowiedzialność na siebie i ciągnie ten wózek, kiedy inni nie mają siły/pomysłu. Kolejne świetne spotkanie i ważna bramka, która znów podnosi temat Patryka w kadrze. Niestety, moim zdaniem, Patryk nie zagra w kadrze, dopóki nie nauczy się, że nie musi robić wszystkiego sam, a podanie do partnera z drużyny to nie grzech.

Nie wiem do końca, jak trener i drużyna podejdą do ostatniego meczu z Górnikiem, bo z jednej strony przy dobrym układzie możemy mieć ledwie kilka punktów do 4. miejsca. Z drugiej strony, kiedy dać się wykazać tym piłkarzom drugiego/trzeciego wyboru, jeśli nie w takim momencie, gdy do stracenia jest niewiele? Dla nich te kilka minut więcej doświadczenia może być bardzo przydatne w kryzysowych momentach w rundzie finałowej. Wiem natomiast jedno: możemy spokojnie hodować paznokcie na rundę finałową, bo ten ostatni mecz będziemy oglądać już na dużo mniejszym stresie.