Wisła nie zginie

Wisła opanowała wszystkie media społecznościowe, radio i telewizję. Wydarzenia okołoklubowe, których jesteśmy świadkami w ostatnich kilku dniach leją miód na nasze wiślackie serca, chociaż obaw wciąż jest wiele. Przyznam Wam się do czegoś. Wiedziałem, że będzie dobrze i że Wisła nie zginie.

I już muszę się tłumaczyć ze swoich słów, chociaż jeszcze nie zacząłem pisać. Nie wiedziałem wprost, nie miałem przecieków, a twitterowym prorokom nie wierzę. Byłem jednak w stanie wyciągnąć taki wniosek, mając na uwadze zaistniałe okoliczności. A wcale nie było łatwo, gdyż warunki, w jakich przyszło egzystować kibicom Białej Gwiazdy w ostatnich latach, nie są najbardziej komfortowymi. Natomiast ostatnie tygodnie to już w ogóle był dramat w trzech aktach.

Nam było ciężko

Wszyscy wiedzieliśmy, że jest biednie, ale łudziliśmy się, że jakoś to się będzie kręcić. Trochę tak, jak w rodzinie, w której nie płaci się rachunków za prąd i cieszy z każdego dnia, kiedy działa lodówka. Wprawdzie tętno skacze za każdym razem, gdy słychać kroki na klatce, w obawie, że monter idzie odpiąć licznik, ale kiedy okazuje się, że to tylko sąsiad, można w spokoju usiąść, by za darmoszkę obejrzeć telewizję.

Do Wisły niestety inkasent zapukał. Widmo upadku i przymus rozpoczęcia odbudowy od czwartej ligi zajrzał nam w oczy tak głęboko, że mógłby przy okazji zrobić nam przegląd narządów wewnętrznych, bez używania ultrasonografu.

Jako kibic, mógłbym załamać ręce zaraz po tym, jak tylko skończyłbym wyrywać sobie włosy z głowy. Fatalna sytuacja finansowa, nieudolny zarząd, żadnych perspektyw na poprawę. Mimo wszystko podskórnie czułem, że będzie dobrze. Zbyt wiele wartościowych rzeczy mogłoby przepaść w czeluściach amatorskiej piłki.

Wisła nie zginie przez postawę piłkarzy

Każdy człowiek ma w swoim umyśle mechanizm tolerowania niekomfortowej sytuacji. Jedni lepiej znoszą trudy życia, inni załamują ręce lub panikują bardzo szybko. Każdy z nas, nieważne jak bardzo kochający zawód, który wykonuje, dopchnięty do ściany przez pracodawcę, straci cierpliwość. Wiem, że ja nie wytrzymałbym pół roku bez wypłaty i interweniowałbym dużo szybciej.

Dlatego jestem pełen podziwu dla piłkarzy, że wytrzymali tak długi okres, bez wysyłania ponagleń. Nie biegali do prasy na skargę, w każdym meczu grali na sto procent swoich możliwości. Swoim zachowaniem pokazali, że są dojrzałymi mężczyznami, którzy stają z problemami twarzą w twarz, a nie płaczą w kącie, ssąc kciuk.

Wisła nie zginie, bo ma charakternego trenera

Gdyby przyjąć kulinarną nomenklaturę, to Maciek Stolarczyk jest jak gluten w cieście albo jak żelatyna w galaretce. Jest spoiwem, dzięki któremu drużyna nie rozjeżdża się we wszystkie możliwe strony. Pokazał wszystkim bardziej doświadczonym trenerom, że można wiele wymagać od piłkarzy, a oni dalej będą stali za tobą. Wystarczy być naturalnym i nie udawać kogoś innego. Wtedy łatwiej jest poradzić sobie z problemami, które dotknęły klub.

Wisła nie zginie, bo nie pozwolą na to oddani kibice

Sam byłem jednym z kierowników zamieszania, gdy w lecie Wisła nie miała pieniędzy na opłacenie wynajmu stadionu. Biała Gwiazda ma rzeszę kibiców gotowych na to, by, kiedy jest potrzeba, oddać niemałą część swoich ciężko zarobionych pieniędzy, na pomoc klubowi. Narzekamy, kłócimy się, czasem wyzywamy, bo każdy z nas jest inny i ma inne spojrzenie na świat. Ale kiedy przychodzi moment, że trzeba pomóc, wstajemy o trzeciej rano i jedziemy pod stadion dziękować drużynie.

Wisła nie zginie, bo dalej jest bardzo medialna

Wisła to najstarszy i jeden z najbardziej utytułowanych klubów w Polsce. To filar rozgrywek o mistrzostwo. Jedna z najlepszych frekwencji w lidze. Marka klubu, nawet jeśli przez ostatnie lata słabo reklamowana poprzez rozgrywki europejskie, to jednak dalej rozpoznawalna. Kraków to miasto znane na całym świecie, żyjące z turystów. Ten miks powoduje, że jest to łakomy kąsek dla  potencjalnego inwestora.

Wisła nie zginie, bo jej długi są śmiesznie niskie

Tak, z premedytacją napisałem śmiesznie niskie. Wprawdzie w naszej ekstraklasowej skali 10 milionów euro to majątek, ale dla poważnych zagranicznych biznesmenów to drobne, które trzymają w tylnej kieszeni. Nie jestem miliarderem, szkoda, ale gdybym był, to inwestowałbym w Ekstraklasę.

Po co miałbym pchać się na siłę do najlepszych lig, wydawać setki milionów na drużynę, nie mając gwarancji odniesienia sukcesu, jeśli ten sam cel mógłbym osiągnąć za ułamek tej kwoty? Za te przysłowiowe 10 baniek nie byłbym w stanie kupić rezerwowego obrońcy w Premiership, podczas gdy w Ekstraklasie miałbym realną szansę na grę w europejskich pucharach.

Wypadkowa pozytywnych sygnałów

Jestem bogatym inwestorem, który chce ulokować gdzieś pieniądze. Wspólnik wspominał coś o jednym klubie. Szukam, patrzę i głośno myślę: O! Jest jakiś klub do kupienia za złotówkę plus długi. Ile tych długów? 8 milionów euro? Tylko? Ogarnę. Gdzie to leży? O, Kraków, znam, piękne miasto. Wisła, kojarzę!

Hmm, piłkarze nie dostają wypłaty od pół roku, ciekawe jak im idzie… Uzbierali aż tyle punktów? Walnęli Lecha 2-5, przegrywając 2-0? Charakterni! Kto tam jest liderem, Lechia… 5-2? Nie wierzę! Kto tam jest potentatem w lidze… Legia… 3-3! Pięknie! Cholera, gdzieś tu był skrót ostatniego meczu, dobra mam… Ale wyjął tego wolnego, ile on ma lat?! 21, czyli da zarobić! Kurde, ale się cieszą, normalnie jakby nie mieli żadnych problemów! Dzwonię do wspólnika, biorę ten klub…

***

Jestem przekonany, że powyższe czynniki miały wpływ na końcową decyzję o kupnie Wisły. Oczywiście, obaw jest równie tyle, co nadziei. Połowa kibiców dopiero leczy kaca, bo tak świętowała zmiany właścicielskie. Druga połowa obgryza paznokcie ze strachu, czy aby przypadkiem nie jest to po raz kolejny ktoś pokroju Meresińskiego, czy Stechert Gruppe. A ja?

Ja stoję gdzieś pośrodku, kaca wyleczyłem, a paznokcie i tak obgryzam…