Oczyszczenie. Czy to się uda?

 

Obdarta z flag i złudzeń o górnej ósemce. Chcąca na dobre odciąć się od przeszłości, nawet jeśli teraz trzeba za to zapłacić. Taka jest Wisła Kraków w 2019 roku. Wisła przechodząca prawdziwe oczyszczenie.

Na stadionie przy Reymonta rozegrano wczoraj dwa mecze. Pierwszy między Wisłą a Pogonią, drugi pomiędzy grupami kibicowskimi a nowymi władzami klubu. Ten drugi trwa już od dłuższego czasu i do tej pory wyglądało to na przeciąganie liny. Rafał Wisłocki nie jest zainteresowany dialogiem z decydentami m.in. prowadzącymi doping czy organizującymi wyjazdy. Problem jest tak duży, że w delegacjach Wisła grała wiosną bez wsparcia kibiców.

Wyjazdowy kryzys postanowiono rozwiązać wzięciem odpowiedzialności i organizacją ich przez klub, co znacznie odbiega od ligowych standardów. Kolejną zmianą było zniknięcie wszystkich flag ze stadionu. Od kilkunastu lat każdemu meczowi Wisły towarzyszyły bandery, odwołujące się do kibicowskich symboli. Jak udało mi się dowiedzieć, zarząd Wisły nie zgodził się na te najsłynniejsze, z charakterystycznym rekinem w roli głównej.

Wiślackie oczyszczenie?

W dodatku zarząd Wisły przyjął bardzo surowe wymagania wobec kultury kibicowania na stadionie. Stopniowo ograniczane są wulgarne przyśpiewki, a także oprawy. W związku z taką polityką klubowego zarządu kibicowskie grupy podjęły decyzję o nieprowadzeniu zorganizowanego dopingu. Nie jest to żaden protest, a „ultrasi” w swoim oświadczeniu gorąco zachęcali do przyjścia na stadion i wspierania drużyny.

Niewątpliwie pewna era w historii klubu dobiega końca. Ktoś będzie musiał odpuścić, a na tę chwilę przewagę w argumentach ma ekipa ratunkowa Wisły. Dzięki rekordowej sprzedaży karnetów sektor „C” nie odgrywa już dużej roli w zapełnianiu stadionu. W dodatku każdy sprzeciw części trybun może zostać odebrany przez większość wiślackiego środowiska jako przejaw walki o dawne wpływy. Pozycja prezesa Wisłockiego systematycznie wzrasta.

Wsparcie było, ale zupełnie spontaniczne, na trybunach panowała spora dezorientacja, a wśród kibiców Wisły nastąpił rozłam. Część z nich nie wyobraża sobie oglądania meczów bez pieśni intonowanych przez gniazdowego, część cieszy się, że następują nowe porządki. Rafał Wisłocki nie może się ugiąć. Sytuację krakowskiego klubu monitorują wszystkie media, a jego dokumenty stały się lekturą dla służb bezpieczeństwa. Każda zorganizowana grupa kibiców w Krakowie szybko przywołuje skojarzenia z erą Sarapaty i wśród opinii publicznej żadna z nich nie może już więcej mieć żadnego wpływu na zarządzanie klubu. Tę świadomość ma prezes Wisły, który chce wysłać jasny sygnał dla świata biznesu: przeszliśmy oczyszczenie. Zapraszamy. Jedynym problemem w Krakowie jest smog.

Wiślackie kłopoty

Oczywiście nie jest to prawda. Sama Wisła ma tysiąc poważniejszych. Drużyna nie jest gotowa na grę w górnej ósemce, a rozbudzone nadzieje kibiców zostały szybko zgaszone. Raptem jedno zwycięstwo i trzy porażki sprowadziły na ziemię m.in. Jarosława Królewskiego, który otwarcie deklarował walkę o europejskie puchary. Liderzy, którzy mieli pociągnąć Białą Gwiazdę do zwycięstw, zwyczajnie zawodzą. Marcin Wasilewski popełnia coraz więcej błędów i nic nie wskazuje na to, że to się odmieni. Kuba Błaszczykowski notuje sporo strat i chociaż często to dzięki niemu Wisła w ogóle jest w stanie zagrozić bramce rywala, to jednak wszyscy spodziewaliśmy się po nim więcej.

Nie byłem zwolennikiem transferu Peszki, a wieloletni reprezentant Polski, zamiast rozwiać moje wątpliwości, potwierdza je z każdym kolejnym spotkaniem. Jedynym atutem skrzydłowego z Lechii Gdańsk jest dynamika, ale to właśnie jej najbardziej Sławomirowi brakuje.

Zupełnym niewypałem okazało się postawienie na Marko Kolara, który w każdym meczu ubiera pelerynę niewidkę i znika z boiska. Patryk Plewka i Kamil Wojtkowski nie są na poziomie Ekstraklasy. To są gracze, którym zwyczajnie brakuje na ten moment umiejętności i doświadczenia, dzięki którym mogliby pomóc Wiśle zwyciężać. Pierwszy gra nieodpowiedzialnie, często w głupi sposób traci futbolówkę. Jeśli chodzi o Wojtkowskiego, zdaje się, że ma w głowie kilkadziesiąt pomysłów na rozegranie, ale zazwyczaj wybiera to jedno, jedyne nieodpowiednie. W końcówce ostatniego meczu zabrakło chłodnej głowy, opanowania i podniesienia głowy w sytuacjach, w których się znalazł.

Oczywiście, nie mam wątpliwości, że ta dwójka w przyszłości sporo osiągnie, ale na dzisiaj po prostu jeszcze trochę im brakuje do graczy, z którymi muszą się mierzyć na boisku. Musimy w końcu z pokorą zaakceptować fakt, że te błędy będą popełniać. I chyba  lepiej tak niż wiecznie upatrywać w nich młodocianych zbawicieli Białej Gwiazdy.

Punktów nie rozdają za darmo

Wisła nie stwarza sobie sytuacji podbramkowych, mimo że piłkarze, których desygnuje do gry Maciej Stolarczyk, są na wskroś ofensywni. Nie licząc obrony, jednym graczem mającym jakiekolwiek pojęcie o odbieraniu piłki jest Basha, który nie jest jednak wystarczającą zaporą i w konsekwencji krakowska drużyna traci sporo bramek, niczego przy tym nie zdobywając. Winę za ten stan rzeczy ponoszą napastnicy. Po odejściu Zdenka Ondráška żaden zawodnik Wisły wystawiany w ataku, nie zdobył bramki.

Promykiem nadziei mogą być niedzielni zmiennicy, którzy pomogli odmienić nie tylko sam obraz gry, ale także wynik. Vukan Savićević dostał tylko kilkanaście minut, ale nie trzeba być jasnowidzem, by wróżyć mu dość szybkie wygryzienie Patryka Plewki. Podobnie sprawa ma się z Krzysztofem Drzazgą, który na tle Kolara w każdym dotychczasowym spotkaniu wypadł lepiej. Powoli wracają boiskowi weterani, czyli duet Boguski-Brożek, dzięki czemu jeszcze bardziej zwiększy się konkurencja w składzie. Zakończenie meczu, mimo że nie było szczęśliwe,  powinno nieco podbudować piłkarzy Białej Gwiazdy. Teraz czeka ich wyjazd do Kielc, mecz z Koroną, która sensacyjnie przegrała w Sosnowcu. Jednak bez wątpienia to podopieczni Lettierego będą faworytem.

Kadrowo Wisła nie jest gotowa na walkę o coś więcej niż utrzymanie w Ekstraklasie. Część fanów Białej Gwiazdy mogła przed startem rundy wiosennej myśleć życzeniowo, części z nas udzieliła się atmosfera powodzenia misji ratunkowej. Teraz jednak nadszedł czas zrozumienia, że ta akcja wciąż trwa. I problemy Wisły nie zniknęły w ciągu trzech tygodni. Biorąc poprawkę na te wszystkie nielogiczne historie wydarzające się w Ekstraklasie, nie można było oczekiwać, że po kambodżańskiej telenoweli i kadrowej rewolucji Wisła będzie regularnie punktować.

Jutro

Patrząc jednak na całokształt tego, co dzieje się w Krakowie, klub staje też przed wielką szansą. Szansą na wychowanie kibiców przychodzących nie dla wyników, a dla klubu. Nie po to, by zwyzywać rywali czy pozdrawiać „przyjaciół” z Łodzi, ale po to, by spontanicznie krzyknąć „Jazda Biała Gwiazda”. Wpuszczaniem i dawaniem szansy młodym graczom. Sto razy mniej boli strata Plewki czy Wojtkowskiego niż strata Nikoli Mitrovića. Za chwilę w ataku Kolara może zastąpić 19-letni Balicki, pozyskany z Ruchu Chorzów. A jego w dalszej przyszłości Aleksander Buksa, 16-letni wychowanek Akademii Wisły. Sama możliwość kontynuowania rywalizacji w Ekstraklasie już jest wielkim sukcesem. To takie nasze grudniowe, nieco zakurzone i zapomniane marzenie.

Zarząd Wisły chce, by klub przeszedł próbę ognia i wody. Potrzeba jednak czasu i cierpliwości.  Za miesiąc nikt nie będzie już pamiętał, jaki dokładnie był wynik w meczu z Pogonią. I w jak fatalnej formie był Peszko. Dzisiaj to problem, jutro już nie. A liczy się jutro. Ważne jest oczyszczenie i odcięcie się grubą kreską od  historii wstydliwych poprzedników.  I  o to toczy się prawdziwy mecz Wisły. Oby udało się go wygrać.