Wiślacka fabryka marzeń

Jeszcze w lipcu Wisła nie miała stadionu. Odchodzili piłkarze, ale nie kibice. To oni rzucili się do ratowania sytuacji klubu, tworząc i kupując plakaty-cegiełki. Później Wisła nie miała właściciela. Odchodzili piłkarze, ale nie kibice. Wisła nie miała już marzeń i przyszłości w Ekstraklasie. Straciła licencje na grę w lidze. Kibice jednak wciąż tam byli i kiedy przyszła na nich pora, to znów nie zawiedli: pobijając karnetowy rekord i w dobę wykupując akcje klubu za cztery miliony złotych. Dziś jedyne czego Wiśle brakuje to kilku flag i dwóch punktów do czwartego miejsca. 

Fabryka marzeń

Amerykańcy reżyserzy niemal kompletnie obrzydzili nam już wszystkie najbardziej nieprawdopodobnie scenariusze tego świata. Właściwie do napisania został im już chyba tylko ten jeden: toczący się w ekstraklasowej scenerii, na peryferiach poważnego futbolu. W swojej niemożliwości historia zupełnie przewidywalna. Tania dramaturgia. Zastęp zwrotów akcji i bohaterów. I to takich najbardziej odstrzałowych: informatyków, prawnika-kibica odwiecznego rywala.

Oczywiście, główną rolę musi zagrać wracający do ojczyzny reprezentant kraju. Nagle, w sporcie przesiąkniętym komercją, decyduje się grać za darmo, bo…ten klub, kiedyś dał mu szansę. Tu akurat scenarzyści nie zafundowali nam niczego oryginalnego. Wszyscy jednak mamy w pamięci kambodżański przelew, zawał Vanna Ly i tysiące innych absurdów, więc tym razem możemy na to przymknąć oko.

Moment, w którym Błaszczykowski strzela gola z woleja, dobijając przeciwnika zza miedzy, to chwila, kiedy wyrzucasz popcorn w górę, krzyczysz: Ta, jasne!. Przecież ich już grzebano, przecież już kolejny raz byli w IV lidze! I wychodzisz z sali kinowej. Jest tylko jeden problem: to nie sala kinowa. To nie wymysł amerykańskiego reżysera. To stadion Wisły. Miejsce, które powoli zamienia się w fabrykę marzeń.

Co ma Wisła?

Projekcje są tu tworzone na żywo. A może to tylko wytwór jednego, wielkiego zbiorowego snu? Kto z nas w grudniu pomyślałby, że Wisła realnie powalczy o awans do pierwszej ósemki? Futbol zawsze jest srogi: dla niepokornych i dla niewierzących. Nie ma tu miejsca dla lekceważących, równie ciężko mają niedowiarki. I drużyna Wisły potrafi się w tych realiach odnaleźć. Już nie po raz pierwszy zaskoczyła ekspertów, puszczając bukmacherów z torbami. Nie brakuje jej przy tym pokory. Ot, przykład pierwszy z brzegu.

Po meczu Maciek Sadlok udzielał wywiadu, ale taki miał grymas na twarzy, że jeden z dziennikarzy zapytał się go wprost: Czy Ty w ogóle wiesz, że wygraliście? No i obrońca, wcale nie z większym uśmiechem na twarzy odpowiedział: Wiem, ale wciąż siedzi we mnie ta końcówka. Całkiem obiecujący obrazek, bo zamiast euforii jest świadomość własnych niedociągnięć.

A czego Wiśle brakowało?

Lepszych decyzji przy ostatnim zagraniu przed polem karnym przeciwnika. Duet Savićević-Basha opanował środek boiska, ale gdy piłka znajdowała się bliżej bramki rywali, Wiślacy podejmowali złe decyzje. Chociaż normalnie rozpisuję się nad naszymi mankamentami, to dzisiaj spojrzę na to z innej strony: by ograć tak grającą Cracovię, naprawdę trzeba wnieść się na wyżyny piłkarskich umiejętności. Inaczej: podejrzewam, że gdyby na Reymonta pojawiła się jakaś inna ekstraklasowa drużyna, to wróciłaby z bagażem kilku bramek i nie zagroziła, obramowaniu strzeżonym przez Buchalika Lisa.

No właśnie, à propos dwóch bramkarzy Wisły. To był największy problem tego widowiska. Kontuzje, przez które trener Stolarczyk musiał dokonać przedwczesnych zmian czym mocno ograniczył sobie pole manewru w samej końcówe. Efekty widzieliśmy. W dodatku długie przerwy, które poza urazami, spowodowała także interwencja VAR, sprawiły, że mecz był rwany, straciło na tym jego tempo. Nagrodą za to było pięć bramek i sporo sytuacji bramkowych obu drużyn.

Hollywoodzkiej kariery raczej nie zrobi za to Kamil Wojkowski. Młody pomocnik wbiegł w pole karne Cracovii, a jednak zamiast paść na ziemię jak rażony piorunem, utrzymał się na nogach po kontakcie z nogami rywala. Całe szczęście sędzia mylił się w obie strony. Po drugiej stronie błoń wszyscy widzą faul Kolara na Dytyatevie przy pierwszej bramce Białej Gwiazdy. Inni zaś dopatrują się przewinienia na Lisie: tuż przed golem nr 2 dla Pasów. Więc jeśli już arbiter krzywdził, to przynajmniej po równo.

Szczęście tylko po jednej stronie błoń…

By wygrywać potrzeba nie tylko odpowiedniego talentu, zaangażowania, ale także szczęścia. I to ostatnie z pewnością było w niedzielę po stronie Wiślaków. Najsławniejszy kibic Cracovii, Jan Paweł II powiedział kiedyś do piłkarzy reprezentacji: „Chłopaki, Pan Bóg nie ma nic wspólnego z piłką!” Nie wiem, czy ktoś tam u góry miesza się w boiskowe sprawy, jednak jeśli mimo wszystko tak jest, to w niedzielę, zdecydowanie nie trzymał kciuków za Cracovią. Ilość zmarnowanych sytuacji przez gości sprawia, że w dużej mierze sa sami sobie winni. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Pasy przegrywają czwarte derby z rzędu.

I naprawdę, nie miałbym nic przeciwko by jeszcze dostali w tym sezonie szansę na odpowiedź. By kolejny taki pojedynek miał miejsce już w kwietniu czy w maju, najlepiej w grupie mistrzowskiej. Janusz Filipiak może przekonywać cały świat, że w ostatecznym rozrachunku to tylko 3 oczka w tabeli więcej, ale myślę, że on sam w to tak naprawdę nie wierzy.

Sztampowy „happy end”

Kiedy gola strzelił Drzazga, mignęło mi przed oczami złote uderzenie Petara Brleka z derbów sprzed dwóch lat. Dziś coraz trudniej przypomnieć sobie, jak ważną był kiedyś postacią. Już dawno zapomnieliśmy, jak płakano po odejściu Wolskiego, Štilica czy Carlitosa. I jak pokazał czas: większość z nich poradziła sobie gorzej od Wisły.

I to jest chyba najważniejszy morał w całej tej przesłodzonej historii amerykańskiego kina z ekstraklasową rzeczywistością. Spisywanie Wisły na straty to szaleństwo. Piłkarze odchodzą, zmieniają się właściciele, ale jedno wciąż jest trwałe: Wisła rządzi w Krakowie. Wraz ze swoimi kibicami, którzy po prostu zasłużyli na to święto. Święto w wiślackiej fabryce marzeń.


I jak to na premierze, warto posłuchać kogoś, kto za tę produkcję był współodpowiedzialny. Zabiegany, z chrypą, ale szczęśliwy, Jarosław Królewski znalazł chwilę, by ze mną porozmawiać. Nie było czerwonego dywanu i przydługiej sesji zdjęciowej, ale mam nadzieję, że tym razem wybaczycie.

O meczu…

Dwa ostatnie gole mogły się nie zdarzyć, aczkolwiek myślę, że Wisła pokazała dojrzałość, przede wszystkim walkę i ambicję.

O dopingu…

Całą drugą połowę byłem na trybunie C, straciłem głos. Jestem zadowolony z dopingu, oczywiście wymazałbym parę przymiotników, ale wydaje mi się, że dzisiaj było wzorowo. Cały stadion się bawił, atmosfera była przednia. Kibice nie mają na co narzekać, zobaczyli pięć bramek i dwie bardzo dobrze walczące drużyny.

O Cracovii…

Cracovia miała swoje sytuacje, na pewno należał się jej jeden gol. Gratuluję jej walki do końca. My też czasami walczymy do końca, dlatego trzeba mieć szacunek, za to, że pokazali ducha walki do ostatniej minuty.

O odwrotnym scenariuszu do tego z meczu z Pogonią Szczecin…

Czasami tak jest. To jest piękno sportu. Tym razem trzy punkty są u nas.

O kibicach Cracovii…

Zajmujemy się swoimi trybunami, a dzisiaj na nich było nas zdecydowanie więcej.