Podsumowanie sezonu okiem Staszka

Kiedy za kilkadziesiąt lat, jakiś nadgorliwy miłośnik historii sportu, sięgnie po nieco zakurzoną książkę będzie przeszukiwał serwery Wikipedii i analizował końcowe tabele w latach 2012-2019, pozycje Wisły nie zwrócą jego uwagi: 7, 7, 5, 6, 9, 6, 6, 9 – to kolejno notowane miejsca. Środek tabeli, czas posuchy po zakończonej w 2011 roku hegemonii. Daleko do pucharów, do medali i daleko do walki o utrzymanie. Nuda. Chociaż z naszej – wiślackiej perspektywy – brzmi to wyjątkowo śmiesznie.

Gdyby nasz bohater, jakimś cudem, wniknął głębiej, zrozumiałby jak zwariowany był to okres. Sezony, w których wizja powrotu do Europy przeplatała się z widmem upadku klubu. Łzy szczęścia – z brakiem nadziei. Wieczny rollercoaster. I w tym roku nie było wcale inaczej! Dla kibiców Wisły były to dwa sezony – bo dwie były drużyny prowadzone przez Macieja Stolarczyka. Najpierw niespodziewana walka o czołowe lokaty, później o klub, o utrzymanie i na samym końcu o górną ósemkę. Tylko ta ostatnia była nieudana. To były dwa sezony, bo tyle było w nich skrajnych emocji. Euforii wymieszanej z rozpaczą. Już nas nie było, już nawet Canal+ nie chciał nas pokazywać w telewizji, powrót Błaszczykowskiego przypadł na poniedziałek w Eurosporcie, by w pod koniec rundy nasze mecze śledziły pełne trybuny i miliony w TVP.

Trener Stolarczyk powiedział, że ostatni mecz był taki jak cały sezon. Coś w tym jest: Wisła strzelała i traciła najwięcej bramek i mimo wielkich emocji – na koniec zostaliśmy z pewnym poczuciem niedosytu. Trochę tak jest, bo przecież od górnej ósemki dzieliło nas jedno dobre spotkanie. Jeden cholerny punkt.

Ktoś może powiedzieć: zaraz, mogliśmy przecież grać w IV lidze! W sporcie nigdy nie można tracić czasu na stanie w miejscu. Zawsze trzeba unosić głowę wysoko i wyznaczać sobie kolejne cele. Nie możemy zadowolić się walką o utrzymanie, trzeba pomyśleć, co możemy zrobić, by znaleźć się za rok w pierwszej ósemce. Jednak dzisiaj, w dniu Gali Ekstraklasy, skupmy się na podsumowaniu tego, czym żyliśmy przez ostatnie miesiące. Sezon 2018/19 uważam za zamknięty.

Wybór jest osobisty. Ciekaw jestem Waszego zdania i zestawienia. Wierzę, że jeśli za te kilkadziesiąt lat ten nasz nieco nadgorliwy miłośnik sportu będzie przeszukiwał Internet w celu znalezienia czegoś o tym „nudnym” sezonie 2019/19 i dziewiątym miejscu Wisły, to trafi tutaj. Na PoKrakosku. Bo kto niby piękniej opowie o swoim klubie niż jego kibice?

Piłkarz roku:

Ciężko wskazać tego jednego. Inny skład wybiegał w rundzie jesiennej, inny od lutego. Niezależnie kogo do gry desygnował Maciej Stolarczyk: chyba żadnemu z zawodników nie możemy odmówić zaangażowania. Wisła imponowała tym, że mimo wszystkich zawirowań, stała się monolitem. Wskazując jednego piłkarza roku, można skrzywdzić rzeszę innych. Będący w cieniu Carlitosa, Jesus Imaz wyrósł na gwiazdę ligi i zapracował na transfer do Jagiellonii. Czy jednak miał większy wpływ na wyniki niż mózg środka pola, Vullnet Basha? Czy może nagrodę powinien zgarnąć człowiek, który uratował Wisłę przed IV ligą, Kuba Błaszczykowski?

Otóż dla mnie piłkarzem roku był Vukan Savicević. Kiedy Wisła rozegrała dwa pierwsze spotkania po przerwie zimowej (porażka z Górnikiem 2:0 i z Pogonią 2:3), jedynym pozytywem było wejście Vukana w meczu z drużyną ze Szczecina, a przecież wchodził przy stanie 0:3. To dzięki niemu drużyna wskoczyła na wyższy poziom i bardzo szybko rozwiązał problem wiślackiego środka pola. Mając w składzie Błaszczykowskiego czy Peszko, nie byliśmy w stanie pokonać słabego Górnika, a  z Serbem prawie awansowaliśmy do górnej ósemki. Dlaczego nie Kuba? Ciężko przyznać ten tytuł jedynie za osiem meczów. W pierwszych kilku Błaszczykowski dopiero się aklimatyzował. Później był kluczową postacią w największych zwycięstwach tego sezonu: z Cracovią oraz Legią na Reymonta. To on wystąpił ze złamanym palcem, kiedy przyszło toczyć bój o miejsce w ośmiozespołowej elicie. Ja jednak wskazuje z pełną odpowiedzialnością na Vukana Savicevića.

Postać roku:

Maciej Stolarczyk. To jego pogoda ducha i warsztat trenerski trzymały Wisłę przez życie. Scalił drużynę i sprawił, że niemal każdy gracz zanotował spory progres w tym roku. Pietrzak trafił do reprezentacji, co jeszcze przed sezonem wydawało się realne tylko w snach samego Rafała. Zapomnianego Kostala czy niechcianego Ondraska przywrócił do życia, dzięki czemu obaj zaliczyli awans sportowy w postaci transferów. To pod skrzydłami Stolarczyka całej lidzie ujawnił się talent Imaza. Do tego z zawodników odrzuconych z innych klubów: Burligi, Klemenza czy Peszki zrobił solidnych graczy, którzy nie obniżają poziomu Ekstraklasy. Wisła grała bardzo efektownie, świetnie radziła sobie z czołówką ligi, jednak słaba gra w obronie i wąska kadra sprawiły, że po zakończonym sezonie można odczuwać lekki niedosyt. Nie wolno jednak zapomnieć o podziękowaniach dla Pana Trenera Stolarczyka.

Niespodzianka roku:

Zdenek Ondrasek. Zawsze był traktowany jako pierwszy facet do odpalenia, a tymczasem na odchodne zaliczył najlepszą rundę podczas swojego pobytu w Krakowie. Na tyle dobrą, że gdyby nie dwie bramki Marko Kolara w ostatnim spotkaniu, to właśnie Czech byłby najlepszym strzelcem sezonu Wisły. Zdenek był kluczową postacią w pierwszej części sezonu, to pod niego ustawiona była taktyka, która naprawdę działała. Przed sezonem wydawało się, że Carlitos będzie nie do zastąpienia. Tymczasem dzięki Ondraskowi szybko w Krakowie zapomniano o Hiszpanie. Zdenek świetnie odnalazł się w roli odgrywającego, grającego plecami do bramki. Do tego, jak już wspomniałem, dorzucił 11 bramek i pożegnanie z sympatycznym czeskim snajperem było wyjątkowo trudne.

Rozczarowanie roku:

Kamil Wojtkowski. Miał wszystko by wreszcie zaistnieć w futbolu, ale postanowił nie skorzystać z tej szansy. To była ostateczna weryfikacja jego talentu: minął okres na aklimatyzację, konkurencja w składzie była niewielka. Wojtkowski nie potrafił się przebić, ilekroć dostawał kilkanaście minut na boisku, grał zbyt chaotycznie, nawet jak na Ekstraklasę. Najlepszym podsumowaniem jego przygody w krakowskim klubie jest fakt, że przez ostatnie tygodnie jedynie przyglądał się wchodzącym z ławki 16-latkom i 18-latkom korzystającym z szansy, jaka się pojawiła w związku z wąską kadrą Wisły.

Najważniejszy moment roku:

Powrót Jakuba Błaszczykowskiego do domu. Bez jego poświęcenia, dzisiaj nie gralibyśmy w Ekstraklasie. To on dał zielone światło innym inwestorom, jeździł od gabinetu do gabinetu, poszukując wsparcia dla swojego ukochanego klubu. Na boisku często był tym najlepszym i to w spotkaniach z  Cracovią czy Legią na własnym stadionie. Gdyby tych występów zaliczył więcej, byłby pewnie także zawodnikiem roku Wisły. Dzięki jego powrotowi kibice Wisły uwierzyli, że jeszcze jest nadzieja. Chwilę później pobili rekord karnetowy w historii klubu. Najważniejsze mecze dla Wisły toczone były jednak nie na boisku, a w zaciszu gabinetów i to właśnie przy ogromnym udziale Kuby, Wisła przystąpi do następnego sezonu Ekstraklasy. Kiedyś napisałem o Kubie „Henryk Reyman XI wieku”, ale to niesprawiedliwe. Kapitan Wisły pisze własną historię i całe szczęście będzie ją pisał także w przyszłym sezonie.