Wisła kontra Kraków

Jeszcze przed rozpoczęciem sezonu Wisłę czeka niezwykle ważny mecz: z krakowskim magistratem. W ostatnich tygodniach trwało przeciąganie liny, a z każdą kolejną wypowiedzią przedstawicieli klubu, porozumienie wydaje się nieosiągalne. Warto stawiać wszystko na jedną kartę?

Efekt domina

Dokładnie rok temu, Marzena Sarapata swoimi nieudolnymi rządami doprowadziła do tego, że tuż przed startem rozgrywek Wisła Kraków nie miała podpisanej umowy o wynajem stadionu. Dzisiaj, chociaż poniektórzy chcieliby o tym zapomnieć, znaczna część środowiska wiślackiego nie widziała winy w działaniach prezes klubu, oceniając sytuację zero-jedynkowo: zły prezydent chce zabrać biednym i wiernym kibicom licencję na grę w Ekstraklasie.

Ostatecznie decyzja Jacka Majchrowskiego przyczyniła się do szeregu zdarzeń, szalenie istotnych: Wisła musiała sprzedać Carlitosa tanio i szybko, a pieniądze przeznaczyć na bieżące utrzymanie. Telewizyjne transze, zamiast trafić do kieszeni piłkarzy i zarządu, trafiały już tylko do tych drugich. W grudniu klub był już prawie w IV lidze.

Później kibice napisali najpiękniejszy rozdział w historii polskiej piłki. W miesiąc uzbierali 13 milionów. Oczywiście bluźnierstwem byłoby napisanie, że to prezydent Krakowa pomógł ocalić Wisłę.  Chciałbym jedynie zaznaczyć, że czasem nie warto wydawać jednostronnych osądów i rzucać ślepo oskarżeń. Bo z perspektywy czasu może pozostać żal. I winnych jest wielu, ale jak to często w naszym kraju bywa: odpowiedzialności nie chce podjąć nikt. O tym jednak za chwilę.

Here we go again

I tak upłynął niesamowity rok, aż znaleźliśmy się w tym samym miejscu. I ponownie od krakowskiego magistratu zależy czy Wisła uwolni się od długów, czy za chwilę znów trzeba będzie cudu. Na pozór jest najlepiej od lat. Piłkarze co miesiąc dostają wynagrodzenie, a jedna z gwiazd drużyny decyduje się na związanie swojej przyszłości w Krakowie. Dla niektórych to może być szokujące, bo przecież przywykliśmy do darmowych rozstań z graczami pokroju Cezarego Wilka, Semira Śtilića czy Pola Lloncha. Nie wspominając o całej plejadzie graczy, oddanych znacznie poniżej wartości rynkowej.

Wystarczy nie kraść”. Powolna odbudowa i uda nam się wrócić na szczyt”. To niektóre, dość popularne komentarze, które można przeczytać na wiślackich forach. Dajcie im trochę czasu i znów będzie pięknie”. Otóż nie. Złudna jest stabilność klubu, bo nad Wisłą wciąż wisi widmo upadłości. Długi nie zniknęły.

Sam długo wierzyłem, że taka powolna odbudowa jest możliwa. Nie jest. I otwarcie przyznał to Piotr Obidziński, któremu w tych sprawach można ufać bardziej niż mnie. Dwa lata to okres, jaki wyznaczył na „być albo nie być” krakowskiego klubu. Przez ten czas jeszcze można podpisywać ugody, rozkładać kolejne kredyty i finansować klub z bieżących dochodów. Później dojdą kolejne, nieprzesuwalne zobowiązania i pętla na szyi się zaciśnie. Jeśli frekwencja w grupie spadkowej jest dwa razy mniejsza, to znak, że tylko silna Wisła może przyciągnąć odpowiednio dużo ludzi.

Można się łudzić, że pojawi się ktoś, kto na dzień dobry spłaci długi albo chociaż znajdzie potężnego sponsora, ale na horyzoncie nikogo takiego nie ma. Ligowa przeciętność, 10 tysięcy na trybunach i gra w dolnej ósemce przez kilka lat nie uratują Wisły. Trzeba czegoś ekstra. Pojawia się, więc pytanie:

Ryzykować?

Wisła nie może długo i stopniowo wychodzić z długów. To nie fabryka, w której w jakimś stopniu można przewidzieć koszty i wydatki w następnych latach. Nie da się spokojnie budować fundamentów klubu, kiedy ciąży na Tobie 40 milionów długu, a klub nie wypracowuje zysku. Nie da się tworzyć wizji, kiedy na wszystko brakuje i każdy większy projekt jest obarczony potężnym ryzykiem.

Obecny zarząd mówi o wskoczeniu na spiralę wzrostu. Wierzy, że jeśli tylko trochę więcej się wyda, to więcej też się odbierze. Oczywiście, to cholernie niebezpieczna gra w ekstraklasowej, nieprzewidywalnej rzeczywistości. Biorąc pod uwagę, jak wielkie pieniądze pojawiły się w tej grze wraz z nabyciem praw transmisyjnych przez TVP – rośnie wiara w to, że to gra warta postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Zawodzący ligowi potentaci: Legia targana problemami finansowymi oraz Lech, którego czeka przebudowa to idealna sceneria dla podopiecznych Macieja Stolarczyka. Trenera, który dość szybko potwierdził swój trenerski talent i równie błyskawicznie kompletuje kadrę. Dodajmy, że kiedy ekstraklasowi faworyci będą jeździć po Europie w nikłej nadziei na brak kompromitacji, Wisła będzie mogła spokojnie zacząć sezon składem, który zbytnio się nie zmienił: środek pomocy (Savicevic-Basha-Drzazga) zostaje ten sam, obroną dalej kierować będą, Ci sami ludzie ( Wasilewski, Sadlok) a najważniejszą rolę w ofensywie będzie odgrywać ten sam człowiek (Błaszczykowski).

Kręgosłup tego zespołu nie został uszkodzony, co jest miłym zaskoczeniem i komfortem trenera. Gdyby te warunki udało się wykorzystać na samym początku, można by było powalczyć o naprawdę dobre miejsce – jest tylko jedno, ale

Miasto, a raczej samo-rządy

I tu wracamy do głównego wątku, od którego nieco odbiegłem. Większość klubów żyje z dotacji samorządów i tylko ten zły, niedobry Majchrowski – z taką estymą śpiewający zwrotkę hymnu Cracovii – Wiśle chce zabrać. I właściwie to prawda: tylko Kraków oraz Warszawa zarabia dzięki swoim ekstraklasowym przedstawicielom.

Przykładowo, obecny mistrz Polski dostał w sezonie 2017/18 wsparcie w wysokości ponad 12 milionów złotych. Wisła Płock? 10. Śląsk – 7.6. A Arka? Nieco ponad 5 milionów (od dotacji odjąłem czynsz stadionowy). Biała Gwiazda nie otrzymała od miasta grosza, dodatkowo musiała zapłacić ponad 2 miliony 600 tysięcy stadionowego czynszu. Szybko możemy policzyć, że Śląsk we Wrocławiu, dysponując obiektem większym (przez co droższym), w ciągu zaledwie roku miał wpływ o 10 milionów większy niż Wisła Kraków. I wynikało to tylko i wyłącznie z gestii wrocławskiego ratusza!

Wisła Kraków uzyskując wsparcie podobne do Śląska, już po 4 latach nie miałaby żadnych długów! Gdyby porównać procent wydatków budżetu, jaki wygospodarowało Zabrze na swojego Górnika, Wisły dostałaby 194 miliony złotych. W ciągu jednego roku. Podzielmy na dwa – druga połowa idzie na Cracovię. To wciąż dzięki jednemu przelewowi z miasta, Wisła mogłaby nie tylko spłacić wszystkie swoje należności ale jeszcze tego samego dnia kupić bazę w Myślenicach. To nie jest Sci-Fiction, bo w takiej skali Zabrze pomaga Górnikowi. W tym samym kraju, klubowi z tej samej ligi.

Czy się stoi, czy się leży…

Patologiczne finansowanie futbolu w Polsce doprowadziło do rywalizacji między klubami. Jednak nie o kibiców na stadionie czy atrakcyjną grę na boisku, a o uzyskiwanie kolejnych dotacji. Ich wysokość nie zależy od zapełnienia trybun, skutecznego marketingu, zmysłu przy transferach, a jedynie sprowadza się do przychylności decydentów w samorządach bądź spółkach państwa polskiego. W normalnej lidze Wisła Kraków, będąca w czołówce rankingów frekwencji, gromadząca 4 razy więcej (!) kibiców niż jej imienniczka z Płocka, powinna zyskiwać przewagę finansową. Nic z tego. Wspierana przez państwowy Orlen i samorząd, drużyna Dominika Furmana przez wiele lat będzie w lepszej sytuacji finansowej niż klub z Krakowa.

Niestety, Biała Gwiazda jest osamotniona na polu walki. W podobnej sytuacji znalazły się jej dwie rywalki: Legia oraz Cracovia. Ekstraklasie i PZPN-owi finansowanie przez państwo polskiego futbolu jest oczywiście na rękę i pozwala przykryć wszystkie nieudolności tych organizacji. Nierynkowy kontrakt od TVP jeszcze dłużej potrzyma całe środowisko piłkarskie w bańce.

W idealnym świecie żaden klub piłkarski nie powinien być finansowany z kieszeni podatnika. W Polsce oznaczałoby to bankructwo połowy Ekstraklasowych klubów, które działając w warunkach, w których działa Wisła Kraków – zwyczajnie by sobie nie poradziły. Obowiązkiem wymienionych wyżej trzech klubów jest o tym przypominać i walczyć, by zlikwidować tę rażącą niesprawiedliwość.

Strategia

Zarząd Wisły chce wywrzeć presję na Krakowie. Odzyskać część zamrożonych na poczet miasta środków, ewentualnie zmniejszyć koszty i zaoszczędzone środki zainwestować w rozwój klubu. Jak to można osiągnąć? Prowokować do dyskusji, podawać kolejne argumenty. Kraków, na czele z Jackiem Majchrowskim zbudował niefunkcjonalny stadion, popełniając podczas jego budowy szereg kolosalnych błędów, marnując setki milionów złotych. Słuszne postulaty, które wystosował Tomasz Jażdżyński z Jarosławem Królewskim – dotyczące zysków z dnia meczowego czy wizji braku spłaty jakikolwiek pieniędzy w przypadku bankructwa mogą nie znaleźć uznania wśród krakowskich radnych. Samozwańczemu Miastu Sportu wcale bowiem na sporcie nie zależy.

Dziennikarze rzadko wspominają o skandalicznie przeprowadzonej budowie i marnotrawstwie pieniędzy. Ekipa Jacka Majchrowskiego wybudowała bowiem stadion, do którego nie ma praw, do użytku wciąż nie została oddana jedna z trybun. Brak systemu odprowadzającego sprawia, że jeżeli powstanie tam jakiś lokal gastronomiczny, to swoje dania będzie musiał przygotowywać w mikrofalówce.

Jestem gotów uwierzyć nawet w to, że miasto niedługo w ogóle zburzy ten stadion i na atrakcyjnej działce postawi hotel. Przy niewielkim sprzeciwie społecznym. W świadomości mieszkańców nieudolnie zbudowana arena kojarzy się z Wisłą, a nie Krakowem. Mało kto wie, że to miasto chciało taki duży obiekt, licząc na przeprowadzenie na nim meczów Euro 2012.

Wisła kontra Kraków?

Na to szczególnie chciałbym zwrócić uwagę: Kraków zachowuje się normalnie, żądając uregulowania długów. Skrajnie patologiczna jest jednak sytuacja, w której Wisła te długi musi spłacać, jednocześnie rywalizując z klubami dotowanymi z pieniędzy podatników. Niestety, Kraków uzyskał świetną  pozycję negocjacyjną – paradoksalnie – dzięki zbudowaniu niefunkcjonalnej, nierentownej areny, a także dzięki szczodrości innych samorządów.

Dzisiaj nie ma czasu na frazesy i ogólniki. Wisła nie może ugiąć się pod dyktatem krakowskiego magistratu. I chociaż nasza sytuacja jest bardzo ciężka – to bez wywalczenia lepszych warunków z miastem – będzie już dramtyczna. Obecny skład zarządu cieszy się sporym uznaniem wśród społeczeństwa. Ma wiele ważnych argumentów i tym samym szansę na przerwanie tego niezdrowego układu.

Najważniejszymi propozycjami powinno być rozwiązanie dotychczasowej umowy najmu. Nowe porozumienie powinno opierać się na podziale zysków z dnia meczowego pomiędzy miastem a klubem. Z taką propozycją wyszedł Piotr Obidziński i trzeba zrobić wszystko, by udało się ją zrealizować. A jeśli się nie uda? Trudno. Moim zdaniem lepiej przestać się w to bawić. Lepiej już nie grać w lidze, w której o tym, który klub dostanie pieniądze, decydują samorządy. Skończyć egzystować w tym chorym układzie.

Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę? Tak, skoro Twoi przeciwnicy i tak zawsze będą mogli ją dobrać, to lepiej teraz mieć odwagę się postawić.