Czas wstydu. Na razie bez zmian.

Jak domek z kart posypały się plany przedsezonowe właścicielom Wisły Kraków. Doszliśmy do organizacyjnego absurdu, w którym klubowi decydenci nie widzą sensu zmienienia sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Czas ponagla, ale brakuje rozwiązań kryzysu, w jakim znalazł się nasz klub.

Stolar zostaje

Pozostawienie Macieja Stolarczyka po siódmej z rzędu porażce może budzić wątpliwości. I tu nawet nie o wyniki chodzi, a o styl (a właściwie jego brak) jego drużyny. Można pokusić się o śmiałą tezę, że Biała Gwiazda ostatnie mecze wyjazdowe oddała walkowerem, nie wychodząc z własnego pola karnego. W meczach z Lechem, Legią i Rakowem piłkarze z Krakowa zanotowali aż 3 celne strzały. Łącznie. Maciek pisał, o umarłej drużynie i tak obecnie to wygląda.

Słabość kadry nie ulega żadnym wątpliwościom. Zapomina się jednak, o tym, że tych piłkarzy wybrał sobie sam Maciej Stolarczyk. Ograniczony budżet? Na transfery Wisła wydała niemal pół miliona euro, dzięki czemu do klubu przyszedł Serafin Szota czy największe rozczarowanie okienka: Chuca. Poza tym, na roczną pensję Wasilewskiego, wraz ze wsparciem Socios, Wisła wyda pół miliona złotych. Ciężko uwierzyć, że nie można byłoby znaleźć bardziej perspektywicznego gracza za takie pieniądze.

Oczywiście, mądrzy jesteśmy teraz, po 14. kolejce. Niestety, taka jest piłka, że jeśli pewnych spraw nie uda Ci się przewidzieć wcześniej, to lądujesz się w strefie spadkowej. Czy powinno być nam żal trenera Stolarczyka? To on dobrał sobie piłkarzy, taktykę, nie zmieniał jej i dostał czas na wyjście z kryzysu. Skoro aż tak ufa w umiejętności Janickiego, że nie da szansy nikomu innemu, to nie będzie mi go żal, jeśli „zwolni” go właśnie Janicki, kolejną nieudaną interwencją w następnym spotkaniu.

„Stolar” wciąż mocno wierzy w swój projekt. Nie wiem, czy to dobra wiadomość, ale broni nie składa. Podpisu pod umową o rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron pewnie też nie.

Ryzykowna gra właścicieli

Zwolnienie Macieja Stolarczyka wiązałoby się z płaceniem byłemu szkoleniowcami aż do momentu podjęcia przez niego nowej pracy. W najgorszym dla Wisły scenariuszu to około 250 tysięcy złotych. Trzeba byłoby też skonstruować nowy sztab, najpewniej znaleźć też dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia. To są spore koszta dla klubu mającego 30 milionów długu.

Wciąż toczą się rozmowy dotyczące ewentualnych zmian właścicielskich. Nie trudno sobie więc wyobrazić, by nowy inwestor – hipotetycznie związany z niemiecką piłką – chciał umieścić w klubie „swojego” trenera. Taka operacja byłaby jednak utrudniona, gdyby trzeba było zwolnić zatrudnionego w listopadzie szkoleniowca.

Dodatkową kwestią, o której pisałem, jeszcze przed meczem z Legią, jest brak przygotowanej alternatywy przez władze klubu. Maciej Stolarczyk skrzętnie z tego korzysta, bowiem podczas gdy klubowi decydenci, z pomocą pewnej agencji piłkarskiej, po omacku szukają jego ewentualnego następcy, ten dostaje czas na rehabilitację.

Pytanie: co jeśli nie przegramy z Arką? Trener dostanie kolejną szansę, a dwa tygodnie zgrupowania kadry pod jego rządami zmienią oblicze drużyny? Śmiem wątpić. Na dzisiaj jesteśmy zakładnikami trenera. Być może wszystko skończy się dobrze, być może tracimy decydujące tygodnie w kontekście walki o utrzymanie.

W którą stronę idziemy?

Gdy prawie rok temu do piłkarskiej spółki wkroczyło trio Błaszczykowski – Jażdżyński – Królewski, można było się spodziewać, że jest to rozwiązanie tymczasowe. Potrzeba chwili. Wszyscy właściwie określali się jako, ci, którzy  będą tu przez chwilę. Głównym zadaniem Jarosława Królewskiego miałoby być przecież znalezienie inwestora. Dziś komicznie brzmią jego słowa ze sprzed paru miesięcy, kiedy zażegnywał się, że Wisły nie interesują inwestorzy niemający majątku przekraczającego miliard euro. Czas pewne zapowiedzi szybko zweryfikował.

W każdym razie takiego inwestora znaleźć się nie udało (cóż za zaskoczenie!). Pewnie łatwiej byłoby sobie z tym poradzić, gdyby ostatni rok starano się rozbudować sieć mniejszych sponsorów (takich poniżej 1 miliarda euro). To też się nie udało, krakowski biznes nie otworzył się dla Wisły, która wciąż żyje głównie dzięki zaglądających głęboko w swoje kieszenie kibiców.

Nie udało się dogadać także z miastem, co było największym i najważniejszym wyzwaniem. Ciężko jednak krytykować Piotra Obidzińskiego, bo sprawy przecież nie zaniedbał. Wysunął kilka sensownych propozycji, walczył. Być może strategia – śmiała, buńczuczna – dla wielu fanów Białej Gwiazdy wydała się nieodpowiednia, ale nie uważam, by dyplomatyczny sposób okazał się zbawienny. Z pewnością jednak nie wyjawiono wielu szczegółów tej relacji, a ich znajomość pozwoliłaby nam na rzetelną ocenę. Czekamy.

Sukcesy

Spłacono część długów, za co powinniśmy być wdzięczni, jednak osiągnięto to albo naszymi pieniędzmi (ok, od tego są kibice) albo sprzedażą graczy zatrudnionych w czasach poprzednich rządów. Minione okienko transferowe pokazało, że nie tylko pieniądze są problem, ale także umiejętność ich mądrego wydawania. Dużo tańsi Hiszpanie radzili sobie lepiej niż para Wasilewski – Janicki. Dziś w kadrze Wisły brakuje graczy, na których moglibyśmy w przyszłości zarobić. Nie punktujemy, nie ogrywamy perspektywicznych zawodników.

Patrząc, więc na całokształt: z jednej strony nie zadbano o zbudowanie sieci mniejszych sponsorów, zarabianiu na piłkarzach, a z drugiej: nie znaleziono nikogo kto, by ten klub mógł utrzymać na poziomie Ekstraklasy. Jaki może być kolejne źródło redukcji długu? Kolejna podwyżka cen karnetów? Niestety, nie wiem, czy w wyobraźni rządzących klubem istnieje jakieś lepsze rozwiązanie…

Jest super, jest super…

I pewnie bym to przeżył, gdyby nie wcześniejsze opowieści o miliarderach rozmawiających z Jarosławem Królewskim, szumne zapowiedzi o europejskich pucharach i potencjale drużyny. Błędy poprzedników zostały powtórzone, ale tym razem można wierzyć w uczciwe intencje całej trójki. Niestety, w futbolu liczy się tylko i wyłącznie pozycja na koniec rozgrywek. Ta, którą obecnie zajmujemy, oznacza upadek klubu.

Dlatego wraz z powrotem do treningów Jakuba Błaszczykowskiego wraca nadzieja. Wierzę, że chociaż raz nasz sztab wyciągnie wnioski i kapitana zobaczymy na boisku dopiero wtedy, gdy będzie już w pełni sił. Nie ma już miejsca na błędy!

Oczywiście, przykład Cracovii pokazuje, że można być na samym dnie pod koniec rundy jesiennej, by później walczyć o podium. Jednak pamiętajmy: tam w trudnym momencie trener Probierz nie przebierał w słowach, porównując m.in. swoich piłkarzy do pań lekkich obyczajów. Mimo że dla kibiców Wisły przyszedł czas wstydu, to wciąż doświadczamy poklepywania się po plecach i usprawiedliwiania. Oby, przekonanych o swojej nieomylności i rzucających winę na niesprzyjającą fortunę, życie brutalnie nie rozczarowało.